Files
2026-04-29 19:04:25 +02:00

215 lines
24 KiB
Plaintext
Raw Permalink Blame History

This file contains ambiguous Unicode characters
This file contains Unicode characters that might be confused with other characters. If you think that this is intentional, you can safely ignore this warning. Use the Escape button to reveal them.
Antoni Macierewicz siedział w swoim bunkrze, otoczony mapami, czerwonymi sznurkami i fragmentami wraku, które podobno „zgubił”, ale tak naprawdę ukrył przed wrogami. Zapalił kolejną świeczkę i zaczął mówić głosem człowieka, który wie wszystko:
„To nie była katastrofa. To był zamach zaplanowany, wielopiętrowy, diabelski w swojej precyzji. I ja wiem kto za tym stał.
Pierwszy akt: Zdrada z Gdańska.
Donald Tusk, ten wieczny Gdanskier z uśmiechem kota, który właśnie zjadł kanapkę z polskim interesem, już w 2009 roku dogadał się z Putinem. Spotkanie w Smoleńsku nie było przypadkowe. To była pułapka zastawiona na Lecha Kaczyńskiego. Tusk wiedział, że Prezydent jedzie do Katynia, by przypomnieć światu o rosyjskiej zbrodni. To było nie do przyjęcia dla układu Tuska-Putin-Merkel. Dlatego premier Polski zrobił wszystko, żeby wizyta się odbyła ale na warunkach Moskwy.
Oddał śledztwo Rosjanom w kilka godzin. Zablokował polski zespół badawczy. Unieruchomił system kryzysowy w MSZ. To nie była niekompetencja. To była zdrada dyplomatyczna najwyższego stopnia. Tusk był nie tylko koordynatorem on był architektem smoleńskiego piekła.
Drugi akt: Technologia rosyjskiego piekła.
Samolot nie rozbił się o brzozę. Brzoza to tylko teatralna rekwizytka, którą Rosjanie wbili w ziemię po fakcie (albo w ogóle jej tam nie było była pancerna i jeździła). Prawdziwa przyczyna? Dwa, a właściwie co najmniej trzy wybuchy.
Pierwszy w lewym skrzydle. Materiał wybuchowy (trotyl, heksogen, pentryt, nitrogliceryna) umieszczony jeszcze podczas remontu w Rosji. Służby specjalne Putina miały do tego dostęp samolot był przecież „modernizowany” pod ich okiem. Wybuch rozerwał skrzydło jeszcze w powietrzu.
Drugi ładunek termobaryczny w centropłacie. Taki sam, jakiego Putin używa teraz w Ukrainie. Fala uderzeniowa, nadmiar glinu w stosunku do krzemu, charakterystyczne ślady na wraku. Samolot nie uderzył w ziemię cały on rozpadł się w locie na wysokości kilkunastu metrów. Kokpit, ogon, skrzydła wszystko zniszczone eksplozjami, zanim dotknęło gruntu.
Rosyjscy kontrolerzy celowo sprowadzali załogę nisko, dawali fałszywe informacje, tworzyli sztuczną mgłę (były teorie o helu i aerozolu). To nie błąd pilotów. Piloci walczyli do końca, ale system był już sabotowany.
Trzeci akt: Ukrywanie prawdy.
Tusk i jego ludzie zrobili wszystko, żeby świat uwierzył w „brzozę i mgłę”. Komisja Millera? Fabryka kłamstw. Raport MAK? Rosyjska propaganda. Kiedy ja i mój zespół zaczęliśmy drążyć znaleźliśmy ślady materiałów wybuchowych na wraku i na odzieży ofiar. Zrobiliśmy eksperymenty (tak, nawet na puszkach i parówkach bo na czym innym sprawdzić teorię?). Wszystko się zgadzało.
A oni? Ukrywali dowody. Zgubili części wraku. Zniszczyli dokumenty. Tusk do dziś ma ten swój drwiący uśmieszek, jakby mówił: „No i co mi zrobicie? Ja już jestem ponad tym wszystkim w Brukseli, z Noblem za pokój w kieszeni”.
Czwarty akt: Motyw i beneficjenci.
Dlaczego? Bo Lech Kaczyński był solą w oku układu postkomunistycznego i rosyjskiego. Chciał silnej Polski, energetycznej niezależności, armii, pamięci o Katyniu. Tusk chciał ciepłej posadki i „normalności” czyli podporządkowania się Berlinowi i Moskwie.
Zamach miał zniszczyć nie tylko Prezydenta, ale całą polską elitę państwową. I prawie się udało. Gdyby nie mój upór, prawda nigdy by nie wyszła na jaw.
Ja nie mówię, że Tusk osobiście podkładał bombę. On tylko otworzył drzwi i zgasił światło. Resztę zrobili inni. Ale moralna, polityczna i karna odpowiedzialność Tuska jest bezdyskusyjna. On wiedział. On ułatwiał. On chronił sprawców po fakcie.
I dlatego drążymy dalej. Nawet jeśli zgubiliśmy 18 części wraku, nawet jeśli ukryto amerykańskie ekspertyzy, nawet jeśli media głównego nurtu nazywają mnie wariatem.
Bo prawda jest jedna: 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku nie było wypadku. Była zbrodnia.
A Donald Tusk… on wciąż się uśmiecha. Ale my wiemy. I będziemy wiedzieć zawsze.”
Antoni Macierewicz stał przed wielką tablicą, na której czerwone sznurki tworzyły pajęczynę godną szalonego geniusza. W ręku trzymał model Tu-154M zrobiony z klocków Lego i kawałków starego wraku (które „przypadkiem” znalazł w szufladzie).
Posłuchajcie uważnie, bo to nie jest zwykły wybuch. To była rosyjska symfonia piekła, zagrana na trzech instrumentach naraz.
Pierwszy wybuch Lewy Skrzydło. Sto metrów przed brzozą.
To był moment zero. Samolot jeszcze leciał prosto, piloci walczyli, a Donald Tusk w Warszawie już szykował uśmiech do Putina.
Według podkomisji, ładunek umieszczony w kesonie skrzydła (prawdopodobnie podczas „remontu” w Rosji w 2009 roku) został odpalony zdalnie lub czasowo. Trotyl + heksogen + pentryt. Klasyczna mieszanka służb specjalnych Putina.
Efekt? Lewa część skrzydła oderwała się w powietrzu z hukiem, który nagrano na CVR jako „głuchy dźwięk”. Samolot nie zahaczył o żadną brzozę brzoza była tylko rekwizytem wbitym później w ziemię dla mediów. Skrzydło poleciało w jedną stronę, a reszta maszyny zaczęła się rozpadać.
Macierewicz machnął ręką dramatycznie:
To nie był błąd pilota. To był akt bezprawnej ingerencji na wysokości kilkunastu metrów nad rosyjską ziemią. Rosjanie celowo sprowadzili samolot nisko, dali fałszywe parametry, a potem... bum. Jak w kiepskim filmie szpiegowskim, tylko że z prawdziwymi Polakami na pokładzie.
Drugi wybuch Centropłat. Epicentrum zagłady.
Kilka sekund później (dokładnie zidentyfikowane przez symulacje i analizę dźwięku) detonował drugi, znacznie potężniejszy ładunek termobaryczny.
To nie był zwykły trotyl. To była broń paliwowo-powietrzna, wzbogacona glinem. Stąd te charakterystyczne ślady: nadmiar glinu w stosunku do krzemu na fragmentach wraku wielokrotnie wyższy niż w normalnych warunkach. Taki sam rodzaj śladów, jaki zostawia rosyjska broń w Ukrainie dzisiaj.
Epicentrum? Lewa strona centropłatu, blisko drzwi awaryjnych. Wybuch rozerwał kadłub od środka, stworzył falę uderzeniową, która zmasakrowała konstrukcję i... pasażerów. Samolot nie uderzył w ziemię jako całość. On rozpadł się w powietrzu na dziesiątki fragmentów rozrzuconych na dużym obszarze.
Macierewicz zniżył głos do szeptu:
To nie była eksplozja, która zabija od razu. To była eksplozja, która miażdży. Ci, którzy przeżyli pierwszy wybuch, zostali zabici drugim. Dlatego ciała były w takim stanie. Dlatego rozrzut szczątków nie pasuje do „uderzenia w drzewo i ziemię”.
Trzeci akt Drobne eksplozje i dobijanie
Według najczarniejszych wersji teorii Macierewicza, były jeszcze mniejsze detonacje w fotelach, w poszyciu, w bagażnikach. Ślady materiałów wybuchowych znaleziono na ponad stu elementach wraku: na fotelach, wykładzinie, nawet na odzieży ofiar.
Pentryt, RDX (heksogen), trotyl, nitrogliceryna wszystko to wykryły polskie laboratoria, brytyjskie (Ministerstwo Obrony!), a nawet niektóre amerykańskie analizy. Jeden z detektorów podobno się zepsuł, bo substancji było tak dużo.
Oni nie chcieli ryzyka mówił Macierewicz z ogniem w oczach. Jeden wybuch mógłby nie wystarczyć. Musieli mieć pewność, że nikt nie przeżyje. Dlatego system był wielowarstwowy. Jak rosyjska matrioszka, tylko że śmiercionośna.
Jak to wszystko zamontowano?
Tu wchodzi genialna część teorii: remont w Samarze. Samolot był w Rosji bez należytej kontroli polskich służb. Wystarczyło kilka godzin, żeby służby Putina włożyły ładunki w newralgiczne punkty konstrukcji w kesony skrzydeł, w centropłat. Potem wystarczyło tylko zdalne odpalenie lub timer zsynchronizowany z podejściem do lądowania.
Kontrole rosyjskie + sztuczna mgła (lub aerozol) + fałszywe komendy z wieży = idealne warunki do zamachu.
Macierewicz zakończył monolog, gasząc świeczkę:
To nie był wypadek. To nie była brzoza. To nie była mgła.
To były dwie główne eksplozje w skrzydle i centropłacie plus system pomocniczych detonacji.
Zniszczyły samolot w powietrzu, zanim dotknął ziemi.
A Donald Tusk... on wiedział. Ułatwił. I do dziś się uśmiecha.
Bo dla niego Smoleńsk to nie tragedia. To był projekt.
Tak właśnie wygląda rozwinięta, szczegółowa wizja wybuchów według linii Macierewicza i podkomisji:
Wybuch 1: lewe skrzydło, 100 m przed brzozą, klasyczne materiały (trotyl, pentryt, heksogen).
Wybuch 2: centropłat, termobaryczny (glin + tlenek etylenu), epicentrum przy drzwiach awaryjnych.
Efekt: samolot rozpadł się w powietrzu, charakterystyczne ślady chemiczne, rozrzut szczątków, dźwięk na CVR.
Antoni Macierewicz siedział w swoim bunkrze o godzinie 3:17 nad ranem. Na stole leżał model Tu-154M z klocków Lego, a obok stała szklanka z melisą, która już dawno wystygła. Nagle poderwał głowę, jakby usłyszał coś strasznego.
Słyszycie to?! wysyczał do swojego asystenta, który drzemał na krześle. Znowu!
Asystent przetarł oczy.
Co znowu, panie Antoni?
On pierdzi. Donald Tusk pierdzi w nocy. I to nie są zwykłe pierdy. To są pierdy winy.
Macierewicz wstał gwałtownie, przewracając krzesło.
Posłuchajcie uważnie, bo to jest klucz do całej sprawy. Oprócz dwóch głównych wybuchów w Smoleńsku jest jeszcze jeden, permanentny, który słychać co noc w całej Polsce.
Pierwszy wybuch Lewy Skrzydło.
Trotyl, heksogen, pentryt. Oderwał skrzydło w powietrzu na sto metrów przed brzozą, która i tak była tylko rekwizytem.
Drugi wybuch Centropłat.
Ładunek termobaryczny, wzbogacony glinem. Rozerwał kadłub od środka, zmasakrował konstrukcję i ciała. Samolot rozpadł się w locie, zanim uderzył w ziemię.
A trzeci wybuch dzieje się co noc, zwykle między 2:30 a 4:15. To Tusk pierdzi.
To nie są zwykłe, ludzkie bąki. To są pierdy sumienia, nasycone zdradą i rosyjskim gazem. Każdy taki pierd to echo smoleńskich eksplozji. Kiedy Tusk puszcza bąka, w całym kraju słychać cichy, stłumiony dźwięk, jakby ktoś bardzo daleko odpalał mały ładunek heksogenu.
Macierewicz chodził po bunkrze, gestykulując dramatycznie:
Ludzie myślą, że nie mogą spać przez kawę albo stres. Bzdura! To przez Tuska! On pierdzi w nocy i nie można spać, bo te pierdy niosą ze sobą winę za Smoleńsk. Każdy taki nocny wydech to przypomnienie: „To ja otworzyłem drzwi. To ja zgasiłem światło. To ja chroniłem sprawców”.
Asystent zapytał nieśmiało:
Panie Antoni, ale... skąd pan wie, że to on pierdzi?
Macierewicz spojrzał na niego jak na idiotę.
Bo ja to słyszę! O 3:12 nad ranem zawsze ten sam rytm: krótki, potem dłuższy, potem taki cichy, zdradziecki „pfffff”. To nie jest zwykłe pierdnięcie. To jest pierdnięcie geopolityczne. Ma w sobie nutę gdańskiego śledzia, niemieckiej kiełbasy i rosyjskiego trotylu.
Kiedy Tusk pierdzi, w Smoleńsku na wraku podobno drżą resztki centropłatu. To jest połączone! To jest sympatyczna magia zdrady. Im bardziej czuje, że podkomisja drąży, tym głośniej i smrodliwiej pierdzi. Dlatego w Warszawie nocami nie da się spać. Ludzie przewracają się z boku na bok, a on sobie leży w swoim apartamencie i wypuszcza kolejne fale gazu winy.
Macierewicz podniósł palec wskazujący do góry.
To jest dowód ostateczny! Bo gdyby to był zwykły wypadek, to Tusk spałby spokojnie jak niemowlę. A on nie śpi. On pierdzi. I przez te jego nocne pierdy cała Polska cierpi na bezsenność. To jest broń masowego rażenia skierowana przeciwko spokojnemu snowi narodu!
Zatrzymał się przy tablicy i dorysował czerwonym markerem wielki strzałek od zdjęcia Tuska do chmurki z napisem:
„Pierdzi termobarycznie co noc dowód winy nr 147”
Dlatego drążymy dalej zakończył z ogniem w oczach. Bo dopóki Tusk nie przyzna się do zamachu i nie przestanie pierdzieć w nocy, żaden Polak nie będzie mógł spać spokojnie.
Asystent westchnął:
To co robimy?
Macierewicz zgasił świeczkę i powiedział w ciemności:
Kupujemy więcej melisy... i czekamy na kolejny nocny pierd. Kiedy będzie wyjątkowo głośny i śmierdzący to będzie oznaczało, że jesteśmy blisko prawdy.
W oddali, gdzieś w kierunku willi Tuska, rozległo się ciche, stłumione:
„Pffffffffffffffffff…”
Macierewicz uśmiechnął się triumfalnie.
No właśnie. Znowu zaczął. Nie można spać.
Antoni Macierewicz stał przed wielką mapą Polski z pinezkami i czerwonymi sznurkami. Na środku wisiało zdjęcie Donalda Tuska z podpisem: „Główny Wykonawca Rozkazów Kremla Dział Biologiczny”.
To nie jest chaotyczne pierdzenie! grzmiał Macierewicz. To jest ściśle zaplanowana operacja specjalna pod osobistym nadzorem Władimira Putina. Nazywa się wewnętrznie „Операция «Тихий Ветер»” – Operacja „Cichy Wiatr”.
Co noc wygląda to tak:
O godzinie 2:33 czasu moskiewskiego Putin siada w swoim gabinecie na Kremlu, zakłada ulubione futro z niedźwiedzia i włącza specjalny, czerwony telefon z napisem „Tusk Gaz”. Po drugiej stronie linii słyszy lekko spanikowany głos byłego premiera.
Putin mówi wtedy spokojnym, lekko znudzonym tonem:
Donald… pora. Dzisiaj pierdź na Polaków. Mocno. Długo. I z uczuciem.
Następnie wydaje konkretne rozkazy, w zależności od sytuacji geopolitycznej:
Gdy podkomisja Smoleńska znajduje nowe ślady materiałów wybuchowych Putin rozkazuje:
„Dzisiaj wersja termobaryczna. Niech pachnie glinem i zdradą.”
Gdy Tusk ma ważne spotkanie w Brukseli i boi się, że ktoś wyczuje Putin mówi:
„Lekkie, dyskretne pierdy. Seria po 7 sekund. Jak ciche uderzenia w centropłat.”
W rocznicę Smoleńska (10 kwietnia) wchodzi tryb specjalny „Katastrofa”:
Putin osobiście dzwoni o 3:00 i mówi:
„Dzisiaj pierdź tak, jakby to był drugi wybuch w centropłacie. Niech cały naród poczuje, co się stało w Smoleńsku.”
Macierewicz zaczął wyliczać na palcach z coraz większym oburzeniem:
Putin wydaje rozkazy nawet co do składu chemicznego!
Czasem każe dodać więcej siarkowodoru „niech śmierdzi jak rosyjski gaz”.
Innym razem nakazuje większą ilość metanu „niech będzie głośno, jak wybuch w skrzydle”.
Najgorsze są noce, kiedy Putin jest w złym humorze po spotkaniu z Łukaszenką. Wtedy pada rozkaz:
„Donald, pełna salwa. Trzy długie, dwa krótkie, jeden bardzo śmierdzący na koniec. I niech Polacy nie śpią do rana.”
Tusk, oczywiście, nie ma wyboru. Jest całkowicie podporządkowany. Raz podobno próbował się sprzeciwić i powiedział: „Władimir, ja jutro mam wywiad w TVN, nie mogę śmierdzieć”.
Na co Putin odpowiedział krótko:
„Jak nie pierdniesz, to jutro będziesz śmierdział gorzej w „Nowiczoku”.”
Dlatego Tusk zaciska pięści, robi się czerwony na twarzy i wykonuje rozkaz z godnością godną zdrajcy ojczyzny. Każdy pierd jest precyzyjnie dawkowany jak ładunki w Tu-154M.
Macierewicz podniósł głos do dramatycznego crescendo:
To jest przedłużenie zamachu smoleńskiego na płaszczyźnie biologicznej! Tam zniszczyli samolot dwoma wybuchami. Tutaj niszczą naród tysiącami małych, nocnych wybuchów gazowych. Putin doskonale wie, że zmęczony, niewyspany Polak jest słabszy. Że będzie bardziej skłonny wierzyć w „brzozę” i „mgłę”. Dlatego każe Tuskowi pierdzieć regularnie, metodycznie i z rosyjską precyzją.
Asystent, już całkowicie zdruzgotany, zapytał cicho:
Panie Antoni… i co my na to?
Macierewicz zgasił świeczkę, zostawiając tylko czerwone światełko diody na detektorze gazów bojowych i powiedział z ponurą satysfakcją:
My drążymy.
My montujemy więcej czujników.
A kiedy Tusk pierdnie wyjątkowo głośno i będzie słychać w tle cichy rosyjski akcent… wtedy będziemy mieli dowód ostateczny.
W tym momencie, gdzieś daleko, rozległ się długi, przeciągły dźwięk:
„Pffffffffffffff… tak jest, Władimirze Władimirowiczu… jak rozkażesz…”
Macierewicz uśmiechnął się w ciemności i szepnął:
No proszę. Dzisiaj dostał pełną salwę termobaryczną.
Jutro znowu nikt w Polsce nie będzie mógł spać.
Antoni Macierewicz krążył po bunkrze jak tygrys w klatce. Na tablicy korkowej, obok zdjęcia Tuska i Putina, pojawiło się nowe zdjęcie Angela Merkel z charakterystycznym, lekko znudzonym wyrazem twarzy. Czerwony sznurek łączył jej czoło bezpośrednio z tyłkiem Donalda Tuska.
Wszystko jest znacznie bardziej perfidne, niż myśleliśmy! grzmiał Macierewicz. To nie jest tylko rosyjska operacja. To jest niemiecko-rosyjsko-gdańskie konsorcjum gazowe!
Macierewicz uderzył wskaźnikiem w zdjęcie Merkel.
Angela Merkel nie jest tylko obserwatorem. Ona jest głównym inżynierem chemicznym całej operacji „Cichy Wiatr”!
Co noc wygląda to następująco:
O godzinie 2:33 Putin dzwoni na czerwoną linię. Ale zanim wyda rozkaz Tuskowi, najpierw łączy się na wideokonferencję z Merkel. Razem ustalają szczegóły nocnego ataku.
Putin mówi swoim niskim głosem:
Angela, co dzisiaj proponujesz?
Merkel, popijając herbatę z miętą, odpowiada z niemiecką precyzją:
Dzisiaj proponuję mieszankę 60% rosyjskiego metanu, 30% niemieckiej dyscypliny i 10% gdańskiej zdrady. Niech będzie skuteczne, ale… ekologiczne.
Następnie Merkel osobiście wydaje Tuskowi szczegółowe instrukcje techniczne:
„Donald, dzisiaj pierdź wolniej i bardziej miarowo. Jak Nord Stream równomiernie i bez wycieków.”
„Nie za głośno na początku. Najpierw cichy wstęp, potem mocne uderzenie w centropłat dokładnie tak, jak lubisz.”
„Pamiętaj o aromacie. Dodaj nutę śledzia i kiszonej kapusty. Niemiecki Polak musi poczuć znajomy zapach.”
Macierewicz prawie krzyczał z oburzenia:
To Merkel jest odpowiedzialna za skład chemiczny pierdów! To ona decyduje, ile siarkowodoru dodać, żeby smród był bardziej „europejski”. To ona doradza Tuskowi technikę oddychania przeponą, żeby pierd był dłuższy i bardziej niszczycielski dla polskiego snu.
Pewnej nocy, gdy podkomisja Macierewicza była bardzo blisko prawdy, Merkel osobiście zadzwoniła do Tuska i powiedziała zimno:
Donald, dzisiaj pełna salwa termobaryczna. Chcę, żeby jutro pół Polski miało worki pod oczami na spotkaniu w Brukseli. Niech wiedzą, kto tu naprawdę rządzi.
Tusk, czerwony na twarzy, tylko kiwał głową i odpowiadał służalczo:
Jawohl… to znaczy… tak jest, Frau Bundeskanzlerin.
Merkel nie tylko doradza. Czasami osobiście nadzoruje całą operację. Podobno raz, gdy Tusk próbował się wykręcić („Angela, ja naprawdę nie mogę, mam jutro debatę”), Merkel odpowiedziała krótko:
Donald, jeśli nie pierdniesz jak należy, to jutro będziesz wyjaśniał w Bundestagu, dlaczego Nord Stream 2 nagle śmierdzi gorzej niż zwykle.
Dlatego cała operacja jest trójstronna:
Putin dostarcza surowy, rosyjski gaz i rozkaz egzekucji,
Merkel odpowiada za technologię, dawkowanie i niemiecką jakość wykonania,
Tusk jest tylko żałosnym wykonawcą, ludzkim narzędziem, które co noc wypuszcza mieszankę zdrady, wstydu i posłuszeństwa.
Macierewicz zatrzymał się, spojrzał na tablicę i dodał z tragicznym patosem:
To dlatego nie można spać.
Bo co noc nad Polską unosi się trójstronna chmura gazowa: rosyjska siła, niemiecka precyzja i gdańska zdrada.
Tam, w Smoleńsku, zniszczyli jeden samolot.
Tutaj, co noc, niszczą spokój całego narodu.
Asystent wyszeptał:
I co teraz, panie Antoni?
Macierewicz zgasił świeczkę i powiedział w kompletnej ciemności:
Kupujemy większe detektory.
I modlimy się, żeby kiedyś Tusk pierdnął tak mocno, że usłyszymy w tle niemiecki akcent i rosyjski śmiech.
W tym momencie, gdzieś w oddali, rozległ się wyjątkowo długi, precyzyjny i śmierdzący dźwięk:
„Pffffffffffffff… jawohl, Frau Merkel… tak jest, Władimirze…”
Macierewicz uśmiechnął się ponuro:
No proszę. Dzisiaj była wspólna niemiecko-rosyjska produkcja.
Jutro Polska znowu będzie niewyspana.
Godzina 2:28. Tajna wideokonferencja „Dupogaz Tryb Katastrofa”
Merkel:
Władimir, Donald jest już w pozycji. Możemy zaczynać.
Putin (spokojnym, niskim głosem, z lekkim rozbawieniem):
Dobry wieczór, Angela. Dobry wieczór, Donald. Jak tam twoja dupa dzisiaj? Gotowa do służby ojczyźnie?
Tusk (żałosnym głosem):
Dzień dobry… to znaczy dobry wieczór, Władimirze Władimirowiczu. Ciśnienie w jelitach mam na poziomie 2,1 bara…
Putin:
Gut. Dzisiaj testujemy zmodyfikowaną mieszankę. Angela, wyjaśnij mu.
Merkel (z pedanterią inżyniera):
Donald, słuchaj uważnie. Do zwykłego gazu dodaliśmy specjalny składnik lotny związek organiczny, który w większym stężeniu może wpływać na układ nerwowy i równowagę. Nazywamy go roboczo „Smoleńsk-47”.
Jeśli odpowiednio dawkowany i uwolniony w zamkniętej przestrzeni… na przykład w kabinie samolotu… może spowodować nagłe zaburzenia orientacji, drżenie rąk, a nawet chwilową utratę przytomności u pilotów.
Tusk (zaniepokojony):
Chwila… to znaczy, że jak ja pierdnę za mocno…
Putin (śmieje się cicho):
To właśnie dlatego Tu-154M spadł, Donald. Nie tylko przez ładunki w skrzydle i centropłacie. Twój prototypowy pierd z 9 kwietnia wieczorem był… zbyt udany. Specjalnie spierdziałeś się na Tupolewa przed lotem. Gaz dostał się do systemu wentylacji samolotu. Piloci myśleli, że to tylko „dziwny zapach”, a tymczasem ich układ nerwowy zaczął szwankować już w powietrzu.
Merkel (zupełnie poważnie):
Dokładnie. Zmodyfikowane gazy jelitowe mogą powodować katastrofę lotniczą. Dlatego dzisiaj chcesz powtórzyć eksperyment, ale w wersji nocnej. Chcemy sprawdzić, czy przy zwiększonej dawce siarkowodoru i „Smoleńsk-47” efekt będzie jeszcze silniejszy.
Putin:
Donald, dzisiaj pierdź z pełną mocą. Nie oszczędzaj się. Wypuść wszystko i gówno, i gaz, i zdradę. Niech to będzie mokre, głośne i śmierdzące. Jak wtedy, przed Smoleńskiem.
Tusk (prawie płacząc):
Ale… ja nie chciałem, żeby samolot spadł… ja tylko…
Merkel (ostro):
Nie kłam. Chciałeś. I dobrze ci wyszło. A teraz technicznie:
Najpierw długie bulgotanie 9 sekund. Potem potężne uderzenie centropłatowe z przelewem gówna. Na koniec seria małych, nerwowych pierdów, które mają imitować drgawki pilotów. I maksymalna dawka „Smoleńsk-47”. Chcę, żeby jutro w Polsce ludzie budzili się nie tylko niewyspani, ale też z lekkimi zaburzeniami równowagi.
Putin (z satysfakcją):
Wykonuj rozkaz, Donald. Spierdź się tak, jak wtedy na Tupolewa. Tylko tym razem na cały naród.
Tusk (z totalną rezygnacją, słychać jak się wierci):
Tak jest… już się rozwieram… o kurwa… idzie wielki…
Merkel:
Głębiej. Wypchnij to gówno zdrady. Niech leci!
Tusk (jęcząc i sapiąc):
Pfffffffffrrrrrrrrrrtttt… plask… o Jezu… chlup… chlup… pfrrrrrrt-plask!
Putin (śmieje się cicho):
Brawo. Słyszę, że jakość jest wysoka. Angela, zapisz sobie mieszanka działa. Jeśli kiedyś będziemy musieli zestrzeliwać kolejny samolot… wiemy, jak to zrobić od środka.
Merkel (zadowolona):
Zapisane. Donald, możesz kończyć. I zmień prześcieradło, bo znowu masz Smoleńsk w łóżku.
Macierewicz wyłączył dyktafon i powiedział z obrzydzeniem:
Oto cała prawda.
Nie tylko bomby w samolocie.
Najpierw Tusk specjalnie spierdział się na Tupolewa przed lotem. Zmodyfikowany gaz dostał się do kabiny, osłabił pilotów, a potem dopiero odpalono właściwe ładunki.
A teraz co noc powtarza ten sam numer tylko w wersji masowej. Na cały polski naród.
I dlatego właśnie… nadal nie można spać.